Mój niebyt nadał trwa. Pracuję. Dużo pracuję albo przynajmniej tak mi się wydaje. Jednak mój Boss mówi, że jest dobrze. Się cieszę z tego powodu. Pracę mam bardzo fajną, bo w domu, fajnych mam współpracowników. Uczę się nowych rzeczy. A ile dowiaduję się o nowinkach technicznych HAHAHA.
Ma wady ta praca. Siedzę pół dnia na tyłku i dupa rośnie. Ale nie mam siły się zmotywować, żeby ją ruszyć. No cholerny niebyt. Coś muszę z tym zrobić. Buziaki dla towarzyszki mojej siedzeniowej niedoli
Niebyt jest do tego stopnia niebytem, że nie mam ochoty zdjęć zrobić. A coś tam w międzyczasie dłubałam.
Wszystko leży i czeka. Znaczy obecnie jest przekładane z miejsca na miejsce, w celu obrania idealnego otoczenia. I co z tego, jak i tak za tydzień powędruje wszytko do kartonów. Na czas pewnie 2-3 tyg. I znowu będę przekładać, obmyślać i nic z tego nie będzie.
Pomysłów mam milion, a może i więcej. Kilka projektów rozpoczętych i nie zakończonych. I w najbliższym czasie nie będą zakończone. A do tego ten czas. Gubię go. Zatracam. Marnuję? A może nie potrafię go okiełznać? Na szczęście nie ja jedna tak mam.
I tak zastanawiam się czy warto? tak ogólnie, bez konkretnej przyczyny.
Cieszę się na ten remont, na odnowienie otoczenia, na zmiany. Mam tyle oczekiwań, tyle wyobrażeń, które niestety nijak mają się do zastanej później rzeczywistości. Kolorowej, ale takiej jakieś obłej.
Spała bym za to non stop i odlatywała, w cud krainę moich marzeń sennych. W nirwanę i szczęście totalne. Mówię Wam, sny mam cudowne. Tak piękne, że jestem zła jak się budzę i otwieram oczy, a wokoło znowu to samo :(
I nawet na pogodę winy zwalić nie mogę, bo pięknie jest.
o i tak se pogadałam.